1352729219_rylski_warunekKrótka, ledwo dwustupięćdziesięciostronicowa powieść, a jakże wydaje się monumentalna, głęboka w treści. Tak ją widzę z jednej strony. Z drugiej zaś, to tekst prawie dramatyczny. Gdyby był inaczej skonstruowany, można by porównać go do tragedii greckiej albo doszukiwać się zasad zgodnych ze „Sztuką poetycką” Boileau. Ale tak nie jest. Więc skąd takie skojarzenia? Stąd mianowicie, że traktuje o dwóch postaciach. Postaciach tragicznych, postaciach przeciwstawnych. To one są podstawą powieści. Ich rysunek przyciąga uwagę czytelnika. Od pierwszej do ostatniej stronicy to one intrygują myślą, słowem i uczynkiem. Zaś wartkość akcji czy zmiany jej kierunku zależą tylko i wyłącznie od nich. Ba! Wynikają z ich postaw. Zatem kim są te tak bardzo interesujące, ale i tragiczne postacie? Ci bohaterowie napędzający koła lokomotywy powieści? To dwaj mężczyźni, dwaj żołnierze, dwaj oficerowie. Powiedzieć tak – to nie powiedzieć nic. Jeden z nich to rzeczywiście bohater. Przez wielkie „B”. A drugi? Intrygujące?
Owa tragedia dwóch mężczyzn dzieje się w czasie wojen napoleońskich. Ale tak naprawdę to nie ma znaczenia. Czy to wiek XIX, czy to fronty II wojny światowej, czy któreś z powstań narodowowyzwoleńczych, czy kampania moskiewska. Tak narysowane postacie, z takim ładunkiem psychologicznym, tak pięknie skonfrontowane, mogłyby rządzić każdą powieścią, mogłyby występować na jakiejkolwiek scenie historii. Oczywiście, że można powiedzieć, iż dla polskiego pisarza i polskiego czytelnika mają tu niezwykłe znaczenie symbolika niepodległościowa, pewien mit, z którymi ta książka zdaje się, że się spiera. Ale też można odpowiedzieć, iż takich symboli i mitów można znaleźć na przestrzeni dziejów Polski, Europy i świata mnóstwo i spierać się z nimi do woli, do upadłego. Dlatego pisząc o tej książce, że jest ważna, mądra, albo w podobnych słowach, należy ugryźć się w język. Nie dlatego, że polemizuje z mitami stricte napoleońskimi, stricte polskimi, stricte niepodległościowymi, ale że niesie ze sobą wielki ładunek tragizmu człowieczeństwa w obliczu zdarzeń, w obliczu czasów, które nie służą humanizmowi. Zatem konfrontacja dwóch osób tragedii i konfrontacja człowieka z czasami? Najpewniej. A Eustachy Rylski jakby się jeszcze znęcał, jakby mu było mało, jakby za wszelką cenę chciał swoich bohaterów postawić przed jeszcze gorszymi kolejnymi emocjonalnymi wyzwaniami. Żeby walczyli z honorem, przyjaźnią, miłością, człowieczeństwem właśnie, przyzwoitością i z czymkolwiek jeszcze, co zdołają odkryć w tekście kolejni czytelnicy.
A „didaskalia”? Cóż, didaskalia to sama poezja. Jak poemat. Mickiewiczowski prawie. Albo proza Reymonta. Gdyby nie tak intrygująca akcja, nie tak fascynujący bohaterowie, można by smakować opisy przyrody, pogody z wilgotnych i głuchych nizin Rosji, wysokiego Dniepru, „bagnistej, smętnej Dźwiny”, okolic Arancewa i Nekli. Ach! I wnętrza także. Choć ich opisy są skąpe w słowa i jest ich mało, jednak uroda stylu to wynagradza. Jakby Rylskiemu szkoda było czasu na szczegółowe odzwierciedlanie wyglądu pomieszczeń. Zatem: „mglisty świt, rześki ranek, złagodzone słońcem południe czy zapowiadający noc chłód”. Albo piękny, metaforyczny opis świata, kiedy „przed świtem dmuchnęło od Uralu zimą”, stanowiący prolog do kolejnego rozdziału: „Wiadomo było, że nad pozapadanymi równinami stanęła jak drut, przejrzysta niczym łza, bezlitosna i suwerenna. Nic jej nie skruszy, do niczego nie namówi, póki nie ustąpi sama, a stanie się to, gdy wybije jej godzina, a wybije za pięć miesięcy”. Teatralna scenografia pomieszczeń to na przykład: „W miejsce postrzępionej szmaty, cynowej zastawy i zatęchłych sucharów – słupki monet, dewocjonalia, biżuteria. Między nimi omszałe butelki wina, pitego z podręcznych kubków. Światło odnalezionych świec, ciepło od ognia w kominku, mebli już niewiele”. Albo: „Stół długi jak włócznia przykryto śnieżnym obrusem. Zastawiono go porcelaną tak cienką, że przechodziło przez nią światło. Kryształowe kielichy i karafki tak rżnięto, by refleksy załamywały się na nich trzykrotnie, a ciężkie srebrne sztućce wyszorowano piaskiem roztropnie, by nie straciły nic ze swego szlachetnego użycia”.
Zatem wśród tych pięknych słów o krajobrazie, stolikach i stołach grają niezwykle silne emocje bohaterów, z których jeden to bohater przez wielkie „B”. Ale który? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jakie wartości są ważniejsze, jakie postawy szlachetniejsze, bardziej uzasadnione, zrozumialsze?
Drogi porucznika sztabu, syna prawosławnego księdza, i kapitana szwoleżerów, hrabiego przecięły się nagle, przypadkowo i mogły tak samo nagle się rozejść. Jak ścieżki wielu innych osób w takich niespokojnych czasach. Ale nie rozeszły się. Już, już czytelnik ma wrażenie, że oficerowie się „pożegnają”, nawet, iż rozłączy ich śmierć, to znowu się łączą. Ale akcja jest tak skonstruowana, że czytelnik nie ma wrażenia, że autor robi to na siłę. Lekkość narracji daje mnóstwo satysfakcji, kiedy wydarzenia zaskakują, lecz także wtedy, gdy akcja toczy się wolno rosyjskimi nizinami, a aktorami są tylko porucznik i kapitan. Ale co z tymi emocjami, przeciwnościami, konfliktem? One są na każdym kroku. Kryją się, nagle wyskakują, krzyżują się przy grze w kości, w pistoletach, w trakcie ucieczki z Wielkiej Armii, w stosunku do kobiet, w stosunku do pieniędzy. Przeplatają się z poczuciem honoru, ze wstydem, z przyjaźnią. A wszystko to ewoluuje na kolejnych stronach powieści. Honor, patriotyzm, szlachectwo okazują się czymś całkiem innym. Nagle blisko od nich do pijaństwa, hazardu, długów, warcholstwa, pieniactwa. Zaś zza zasłony chciwości, egoizmu, plebejskości wyłania się szlachetność, altruizm, odpowiedzialność, uczciwość. Z czego ta ewolucja wynika? Czemu zachodzą takie zmiany? Rylski konsekwentnie odsłania czytelnikowi bohaterów. Najpierw ich ze sobą poznając, potem przeciwstawiając. Daje im możliwość wyrzucenia z siebie najgorszych uczuć i pokazania najgorszych z zachowań, żeby potem je przełamać i wydobyć na wierzch o wiele szlachetniejsze postawy. A pojawiają się one w obliczu gry o życie, własne i towarzysza, w obliczu walki o przetrwanie na Kresach. Pojawiają się w mundurach i łachmanach, gdy wycie wilków zwiastuje niechybną śmierć, a słomiane łapcie chronią przed pościgiem, ale nie przed mrozem. A potem autor postanawia być bardziej wyrozumiały dla czytelnika i zaczyna opowiadać historię. Historię rodzinną z Wołynia i Litwy. Kurtyna idzie w górę! Myśli czytelnika najpierw się plączą, potem układają w zgrabną całość i wyobrażenie na temat bohaterów staje się po raz kolejny klarowne. Tępy egoista bibliofilem i marzycielem? Mężny bohater wielu kampanii wątłym, chorowitym młodzieńcem? To oficerowie walczący w armii napoleońskiej za Ojczyznę, Boga i Honor. Jeden Ukrainiec, drugi Litwin. Książka podzielona jest na dwie części: „Arancewo” i „Nekla”. To nie tylko dwa różne miejsca i inaczej prowadzona akcja. To także różni bohaterowie. Jakby w Arancewie byli kimś całkiem innym niż w Nekli. Znowu nasuwa mi się na myśl teatr. Kurtyna idzie w dół. Zmieniona zostaje scenografia, kostiumy aktorów. Niby ta sama sztuka, ale…

Skip to content