okladka(4)Jak mityczny stwór. Jak emanacja zła. Jak jedno z najgorszych nieszczęść, które nie uchyla wieka puszki Pandory, a otwiera je z trzaskiem, żeby wydobyć się na zewnątrz. Jak zły sen osiemnastowiecznej Francji. Jak złośliwe i szkaradne odbicie w krzywym zwierciadle bogini z „Narodzin Wenus” Botticellego. Ale to nie piękna kobieta wyłaniająca się z piany pachnącej różanie i solą morską. Nad tymi prawie mitycznymi narodzinami nie krążą roześmiane aniołki. A skóra nowo narodzonego to nie aksamitna delikatność. Ta wyłaniająca się z niebytu postać jest od początku taka jak otoczenie, które ją wydało i przyjęło. Czy to wpłynęło w decydujący sposób na życie, postawę, stosunek do świata owego stwora? Czy może już w zamyśle Wszechświata zapisane zostało, że na przekór ludzkim niedoskonałościom pojawi się człowiek, który został powołany przez Naturę do przeprowadzenia doskonałego eksperymentu i uzbrojony w narzędzie doskonałe. A podporządkowane zostało temu wszystko. I jego umysł, i jego fizyczna postać, i nieludzki, nadzwyczajny zmysł! Ale, ale… Doskonałość zła? Przecież z samego założenia Bóg, Natura, Wszechświat nie tworzy morderczej człowieczej maszyny! Przecież dzieło, które stoi przed tym potwornym herosem, to nie zagłada świata, a wynalezienie czegoś najcudowniejszego. Tak jakby mityczni bogowie sprowadzili na ziemię swego na poły ludzkiego bohatera dla uradowania ludzi. Jakby wróżka swą czarodziejską różdżką dotknęła główki dziecka i w ten sposób uwarunkowała je do odszukania kwiatu paproci! A jednak nie. Jednak to nie tęcza zwiastowała narodziny, żadna gwiazda nagle nie zaświeciła, nie zaświergotały ptaki. Nie skłoniły głów zwierzęta. Nikt nie oddał hołdu. Straszne macki wyłoniły się „w najsmrodliwszym zakątku całego królestwa (…). Upał przygniatał cmentarz ołowianą czapą i tłoczył w sąsiednie uliczki powietrze ciężkie od odoru zgniłych melonów przemieszanego ze swądem palonego rogu. (…) Ryby, rzekomo tegoż ranka świeżo złowione w Sekwanie, cuchnęły już tak strasznie, że ich smród głuszył smród trupów. (…) matka (…) przykucnęła za blatem do oprawiania ryb i tam, podobnie jak cztery razy przedtem, urodziła i nożem od ryb odcięła pępowinę”. Tak pojawia się na świecie Jan Baptysta Grenouille. Namaszczony genialnością przez bogów człowiek. Mityczna prawie postać. Potwór, którego „geniusz (…) i jedyna ambicja ograniczały się do dziedziny, która w historii nie pozostawia śladów: do ulotnego królestwa zapachów”.
Piszę, że obdarzony doskonałością, bo Grenouille jest postacią z wyglądu fizycznego obrzydliwą. Tak jakby miało go to odpowiednio umiejscowić, usytuować w konkretnym społecznym czy towarzyskim kręgu, pozwalając, albo wręcz każąc nie zajmować się niczym innym, jak tylko dojściem do celu, do którego został stworzony. Bez towarzyszy dziecięcych zabaw, bez młodzieńczych uniesień, bez przyjaźni zawodowych. Tylko jeden cel. Tylko jeden doskonały zmysł. Nic więcej tutaj się nie liczy. Autor podkreśla to w tekście wielokrotnie. Najpierw opisując Grenouille’a jako dziecko, potem jako młodzieńca, który jest sam z siebie niepozorny, niewidoczny, prawie nieistniejący. Stojący z boku, w cieniu, cierpliwie czekający na swoją kolej, nieprzegapiający okazji, która zaprowadzi go na kolejne stopnie długich schodów, na których końcu nastąpi ukoronowanie dążeń! Ale opisując bohatera, porównując go do kleszcza (akcentując jego nadzwyczajne zdolności do przeżycia w najgorszych warunkach) czy tłustego pająka (epitet uzasadniający budzony u innych wstręt), pisząc, że Grenouille to pokurcz, gnom i nie mówi, a syczy jak wąż – opisuje od samego początku jego nadludzkie predyspozycje, robiąc to najpierw bardzo tajemniczo, zwodząc czytelnika, stosując pewną dozę niedowierzania, pozostawiając czytelnika w niepewności, trochę bałamucąc. Ale oddajmy głos osobie duchownej, wrażliwej na ludzkie nieszczęście, opiekującej się dziećmi z przytułków: „Terrier wąchał przeto, oczekując, że zapachnie mu skórą, włosami i trochę dziecinnym potem. Ale nie zapachniało mu niczym. Zupełnie niczym, mimo wszelkich usiłowań. Prawdopodobnie niemowlęta nie pachną, pomyślał, tak to musi być. (…) Wcale nie powinien pachnieć! (…) Wtem dziecko zbudziło się. Najpierw zbudził się nos. (…) Podczas gdy mętne oczka dziecka zezowały w nieokreślony punkt, nos zdawał się kierować ku jakiemuś celowi i Terrier miał zdumiewające uczucie, że celem tym jest on, jego własna osoba. (…) Bezwonne dziecko obwąchiwało go bezwstydnie, ot co! Zwęszyło go!”. I taki Grenouille będzie przez całe życie. Nieuchwytny zapachowo dla nikogo. Przez to prawie niewidzialny. Ukryty za kotarą bezwonności jak pod czapką niewidką, jak okryty płaszczem elfów… Za to sam mogący odkryć wszystko i wszystkich na ogromne odległości, skierować się w dowolnym kierunku bez popełnienia najmniejszego błędu. Z zamkniętymi oczami, nie słysząc odgłosów. Kierując się tylko nosem. Tylko węchem. Genialnym węchem.
Z czym kojarzy się Francja od wieków? Między innymi oczywiście z zapachami. Zatem trzeba oddać autorowi, znowu używając tego słowa, że stworzył powieść genialną. Czytelnikom, którzy nie są mocni w historii, których nie interesuje przeszłość, Francja osiemnastowieczna kojarzy się, oprócz, rzecz jasna, Rewolucji, z jednej strony z brudem, cuchnącymi rynsztokami, błotem, pomyjami wylewanymi przez okna, a z drugiej strony z wyperfumowaną klasą najwyższą. A więc zapachy! Tak. I te najcudowniejsze, i te najobrzydliwsze. I właśnie tutaj Süskind umiejscawia swoją powieść, historię pewnego mordercy. Zatem genialne czy przewrotne, że wśród tych woni pojawia się okrutny i fenomenalny zarazem mesjasz, mający za nakazem Opatrzności wydestylować najcudowniejsze perfumy Paryża, Francji, Europy, świata! I to robi! Na przekór okrutnym chorobom, losowi sieroty, odrzucanej przez wszystkich wychowawców pokraki trzyma się przy życiu, kierując się jedynie zaprogramowaną w duszy bądź umyśle ambicją.
Jak hermetycy poszukiwali receptury na wytworzenie złota, tak nasz bohater podporządkowuje swoje całe życie, całą energię, którą dał mu Bóg, na znalezienie receptury doskonałego pachnidła, najszlachetniejszych z perfum! Gdzie zatem morderstwa, dlaczego taki sensacyjny podtytuł? Trochę kpina autora z czytelników? I tak, i nie. Bo wątek sensacyjny jest bardzo mocno umiejscowiony w tej niezbyt obszernej książce. Jednak traktując powieść tylko i wyłącznie kryminalnie nie dostrzeżemy w niej wielu innych wątków. Bo to nie tylko, jak w klasycznym kryminale, postać mordercy, powody, morderstwa, pościg, ale i mnóstwo informacji o przedrewolucyjnej Francji, z ulicami Paryża, obrazem handlarzy, kupców, rzemieślników, stosunków społecznych. To także warsztat perfumeryjny ze wszystkimi szczegółami, porównywany przez to do jakiegoś, a właśnie!, laboratorium poszukiwaczy kamienia filozoficznego. Również książka wykraczająca poza ramy powieści sensacyjnej i społecznej, bo niebezpiecznie zbaczająca w kierunku baśni, gdy nagle czytelnika, który ma przed oczami miasto i wątek kryminalny, przenosi w jakieś mistyczno-baśniowe literackie krajobrazy, gdzie Jan Baptysta przechodzi metamorfozę z praktykanta-perfumiarza w mistyka-pustelnika. Czemu Süskind daje tutaj upust? Co chce nam opowiedzieć, gdy zamyka swojego bohatera w pustelni, każąc mu zlizywać wodę z wilgotnych kamieni, jadać węże i jaszczurki, zamieniając jego poznaczoną bliznami dziecięcych chorób skórę w jeszcze szkaradniejszą, porównywalną w kolorze do bieli robaka? Dlaczego nie zostawia go w warsztacie, gdzie mógłby swoje olfaktoryczne zdolności doprowadzić do technicznych wyżyn? Ale nie, woli przepoczwarzyć Grenouille’a jeszcze bardziej. Kolejny zakręt, z którego ten wychodzi jak doskonały… właśnie, kto? Morderca, mesjasz własnych ambicji, perfumiarz? Czy w tej jaskini spływa na niego jakaś łaska? Stamtąd, gdzie zapadł w swoisty trans, sen, marzenie o bezzapachowości świata i własnym królestwie zapachów, popijanych z butelek jak najdoskonalsze wino; gdzie zarazem jest i mistrzem-wykonawcą, i użytkownikiem tych najwspanialszych na świecie produktów, wychodzi, wypełza na światło dziennie: „Wyglądał okropnie. Włosy sięgały mu do kolan, rzadka broda do pępka: Paznokcie miał jak szpony ptaka, a na ramionach i nogach, tam gdzie spod łachmanów wystawało ciało, skóra łuszczyła mu się płatami”. Wypełza, żeby ostatecznie zmienić świat i siebie. Żeby dokonać tego, do czego został stworzony. Zrobić to i odejść. W poczuciu spełnienia obowiązku narzuconego przez Naturę. Tak, jego nie interesuje nic. Nie nęcą go pieniądze, kosztowności, zaszczyty, własny warsztat perfumeryjny. Świat doczesny go nie interesuje. Ludzie go nie interesują. Wszystko to, co go otacza, co przypadkiem jest w jego zasięgu, jest albo pomocne i wykorzystywane przez niego, albo odrzucane jako kompletnie bezwartościowe. I jak nie porównać Jana Baptysty do mesjasza, szaleńca? Ale mordercy?
Niestety. Z tak, mogłoby się wydawać, pięknie ułożonego ludzkiego szaleństwa wychodzi to, co najgorsze. Ach! Taki piękny dar! Sława, pieniądze! Nikt by nie zauważał szkaradzieństw fizycznych! Można by mieć przecież wszystko, czego dusza zwrócona ku dobrom materialnym zapragnie! A czy najdoskonalsze perfumy to dobro materialne? Czy jest porównywalne do złota, jeśli nie ma przynosić zysku? Czy raczej trzeba je porównać do wielkiej sztuki? Do sztuki, która powstaje dzięki szaleństwom, wewnętrznemu ogniowi, brakowi logiki i brakowi uczuć społecznych? Czyż zatem morderstwo jest jakoś wytłumaczalne? Ale które morderstwo? To, które jest tylko środkiem prowadzącym do celu? Czy może to z miłości wywołanej zapachami: „Runęli ku aniołowi (…). Byli niezwykle dumni. Po raz pierwszy zrobili coś z miłości”.

 

Skip to content