dojczland-andrzej-stasiuk-ksiAZka_midi_117736_0001Pisarz, literat – Andrzej Stasiuk jest mi niewiarygodnie bliski z kilku powodów. Uwielbiam góry. Wprawdzie nigdy nie byłem w Bieszczadach, ale za to wielokrotnie w Tatrach i raz w Karkonoszach (w ubiegłym roku); czy to z okien pociągu sunącego z Krakowa, czy to z okien samochodu pod Jelenią Górą, czy to na starych zdjęciach bądź widoczkach w Internecie jakichkolwiek szczytów (mogą być i Andy, i Alpy) – sam widok gór sprawia, że ogarnia mnie dreszcz emocji, jakieś dziwne podniecenie, skurcz wewnętrzny od gardła po palce u nóg, jakieś szalone omdlenie, zawrót głowy. A wycieczki! To przecież spazmy miłości wśród skał i kosodrzewiny. A więc Stasiuk, mieszkający gdzieś tam na południowym wschodzie, skąd pewnie widać łagodne szczyty Bieszczad, a może i je obserwujący z okien swojego domu, znad klawiatury komputera, przy pisaniu kolejnej powieści czy eseju, ma to, co dla mnie stanowi niewyobrażalne i niedościgłe dziecinne marzenie dorosłego mężczyzny!
Nie będę pewnie nigdy na Wyspach Brytyjskich, w Skandynawii, na półwyspach Pirenejskim i Apenińskim. Nawet mnie tam nie ciągnie. Nie chcę oglądać Łuku Triumfalnego, Pałacu Buckingham, Watykanu, hiszpańskich meczetów. Do tej pory najdalszą moją podróżą była wyprawa do Pragi, gdzie zachłystywałem się Mozartem, synagogami na Józefowie, Hrabalem i Fuksem. Nie wyjdę nigdy z zaklętego kręgu niemiecczyzny, ukraińszczyzny, słowacczyzny, kręcąc się od południa, przez zachód, ku wschodowi Polski, odnajdując wszędzie europejsko-rodzinne korzenie. Odnajdując je tam, tak jak znajduję je na kartach prozy Stasiuka. Czasem delikatnie przemycane, czasem dobitnie stwierdzone, jakby autor chciał zaakcentować, a nawet wbić nam do głowy, że żyjemy we wspólnym kotle tych szalonych europejskich polsko-żydowsko-ukraińsko-słowacko-niemiecko-czesko-bałkańsko-litewskich, i jakich tam jeszcze można sobie tylko wyobrazić, stosunków. To moja bliska Europa, niedaleka Polsce, gdzie pewnie kilkadziesiąt i kilkaset lat wcześniej drogi przemierzali przodkowie wielu z nas, przodkowie niemieccy, ukraińscy, żydowscy, może bałkańscy, zostawiając swe ślady na tatrzańskim polsko-słowackim pograniczu, na Rzeszowszczyźnie, w Przemyskiem, na Wołyniu, mazurskich krańcach, nadodrzańskich brzegach…
To chyba nienormalne, to pewnie nadaje się na kozetkę psychologa, ale w dzieciństwie uwielbiałem przytknąć głowę do okiennej szyby i oglądać. Patrzeć na przejeżdżające samochody, śpieszących ludzi. Czy to problem peerelowskiej telewizji? Ciekawiej było za oknem niż w szklanym pudle? Być może. A przemierzany autobusem lub pociągiem kraj? Czasami podziurawiony asfalt lub głośne rozmowy współpodróżnych nie pozwalały zachwycać się przygodowymi powieściami, więc znowu wycierałem nosem brudne szyby i chłonąłem, chłonąłem… Nie, jak pisarz, niemieckie krajobrazy, ale Mazowsze, Podhale…
Teraz także uwielbiam patrzeć. Siadam na ławce w małym miasteczku, piję kawę, palę papierosa. Na szczęście czasy się zmieniły: wyrosły tutaj jak grzyby po deszczu kawiarenki ze stolikami przy chodnikach, ławki przy najbardziej uczęszczanych kupieckich szlakach są wygodne, fontanny dają orzeźwienie w upalne dni. Luksus obserwacji. Czy taki luksus mają nieogoleni emeryci, siedzący pod stacją benzynową na plastikowych krzesełkach i obserwujący europejski, mieszczański film?
Czy kiedykolwiek Stasiuk próbował stylizować się na kulturalnego intelektualistę? Tutaj tego nie robi. Ale czy to rzeczywiście jest jego styl pisarski, cały on? Może mruży oko i do czytelnika o mniej wyszukanym guście, czasem posługującego się językiem rynsztokowym, i do czytelnika literatury wysublimowanej. Mnie to nie razi. Do mnie Stasiuk puszcza oko. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby zawsze się takim językiem posługiwał. Dowodem na to jest, że owo słownictwo nie jest podstawowe dla tego eseju, stanowi jedynie ozdobnik, choć po prawdzie niezwykle częsty. Potraktujmy to zatem jako żart, może nie każdego satysfakcjonujący, ale jednak żart. Od początku, od tytułu i okładki. Dojczland. Tak pewnie mówią ci, którzy jeżdżą do Niemiec pracować u „bauera”, kraść samochody, sprowadzać je stamtąd do polskich komisów. Tak mówi młodzież blokowisk i ci, dla których jedyną literaturą są tabloidy i reklamówki obniżek cen w skrzynkach pocztowych. To ci, którzy w publikowanych sondażach należą do grupy czytającej jedną książkę rocznie. Ale oni nie przeczytają nigdy „Dojczlandu” Stasiuka! No i ta okładka. To nie jest niemiecko-polskie pojednanie. Na pierwszy rzut oka mam skojarzenia z powstaniem warszawskim, niemieckim żołnierzem stojącym w rozkroku i wydymającym w pogardzie wargi, pruską dumą i marzeniem wielu Polaków o najnowszym mercedesie. Czyżby to była także książka o nas, Polakach? Pewnie tak. Jeżeli Stasiuk posługuje się językiem, którym mówi zdecydowana większość moich rodaków, to owszem, to o nas. Nauczyciel europejskich stosunków – Andrzej Stasiuk przywołuje nas do tablicy, do odpowiedzi. Czego od nas chcesz, Panie Andrzeju? Kpisz z naszych zaściankowych poglądów? Karcisz nas za stosunek do Dojczlandu, do Ruskich?
Z tyłu okładki autor pisze, że „jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera”. Ejże, proszę nie żartować. Proszę się nie krygować. Niejeden by zazdrościł. Bezpłatne hotele, jedzenie, alkohol w hotelowych barkach, bezpłatne bilety, niemieccy czytelnicy. Można było się ubrać w garnitur i zabrać walizkę zamiast plecaka! Zamiast jima beana na kolację i papierosa na śniadanie mogły być kulturalne posiłki w hotelowych restauracjach. Ale czy wtedy dałoby się napisać taki esej? Czy ten mieszczański intelektualizm pozwoliłby na taką obserwację, jaką nam Stasiuk serwuje? Zatem zamiast być gościem muzeów, turystą podziwiającym zabytki, autor jest jak „Jack Kerouac Bundesrepubliki (…), jak Dean Moriarty Szlezwika-Holsztynu i Saksonii-Anhalt. Nareszcie dojechać tam, gdzie nie dojeżdżają srebrne ICE i nie lądują samoloty”.
Pisarz przechadza się po Niemczech nieznanych, siada nocą na ławkach, przemierza kraj pociągami i samochodami jako kierowca i autostopowicz. Chciałoby się powiedzieć, że jak typowemu Polakowi czasami rzeczywistość zasnuwa mu mgła kaca lub pijaństwa, chociaż… Chociaż obserwacje są tak wnikliwe, iż śmiem wątpić w owe wypite przez pisarza litry piwa i whisky. A może należy się ukłonić przed tak mocną głową bądź znajomością granicy dla wypitego alkoholu? Tak czy inaczej, alkohol towarzyszy tym podróżom ciągle. To nie wyjątek: „Tak więc piliśmy piwo, a potem poszliśmy w środku nocy na spacer. To były jakieś przedmieścia, mosty i wiadukty, z których otwierały się dalekie industrialne perspektywy rozświetlone nadprzyrodzoną jasnością rtęciowych i sodowych lamp, a w górze, w otchłaniach czarnego nieba, przetaczał się apokaliptyczny ryk odrzutowców”. A może to cały urok tych podróży? Może potrzebne były te dwa piwa czy pół butelki jima beana, bo trzeźwej głowie nie wpadłoby na myśl wyjść z hotelu? A trzeźwe nogi nie zaprowadziłyby pisarza do autobusu jadącego na peryferie, na podkościelną ławkę w środku nocy?
Przez książkę przewijają się nazwy miast, ulic, dzielnic przemysłowych, fabryk, rzek. Wśród nich różnorodność postaci, ale nie tylko mieszkańców Niemiec. I wszędzie, dosłowne wszędzie – jakieś skojarzenia autora z innymi czasami, ze sztuką, innymi krajami, innymi narodami. Na każdej prawie stronie podejmuje nowy temat. Czasami czytelnik gubi się w mnogości opisywanych zdarzeń i skojarzeń. Chociażby wtedy, gdy Stasiuk pisze o wieży stuttgardzkiego dworca i nagle przechodzi do mercedesa: „Czerwone dachy, zieleń, Neckar gdzieś płynie, ale z wieży go nie widać. Pokazują sobie w skupieniu i nazywają: planetarium, park, stare miasto, zamek Stiftskirche… Na wieży, wysoko, umieścili wielką, srebrną gwiazdę Mercedesa. Na dobrą sprawę całe miasto należy do Merca. Jeśli nie dosłownie, to przynajmniej mentalnie”. Stasiuka kompletnie nie interesuje wycieczkowe zwiedzanie. Wprawdzie ma w plecaku przewodnik Pascala, ale czy z niego dowiemy się, że: „Na ulicach stoi blada, skacowana żulia we fryzurach z lat siedemdziesiątych: z przodu krótko, a z tyłu plereza sięgająca ramion. Nigdzie się już tego nie widuje, tylko przy frankfurckim dworcu”. Ale nie tylko. Tych niezwykle interesujących postaci jest naprawdę mnóstwo. Jakbym siedział na ławce, a przed oczami przewijał mi się film dokumentujący środkowoeuropejskie społeczeństwo – od cekinowatych nowobogackich, przez bossów i urzędników w garniturach, po cuchnących tanim winem mieszkańców byłych pegeerów: „dwóch gliniarzy legitymuje ogolonego na łyso faceta w skórzanej kurtce”, „zniszczone zęby, chustki na głowach, stare otyłe małżeństwa szukające chyłkiem miejsca, nieśmiałość i spłoszone spojrzenia”, „Przy automacie telefonicznym stał śniady koleś. Z kieszeni dżinsów wystawały mu pliki banknotów”, „Obaj byli brodaci, długowłosi i cuchnęli tak samo jak nasi. Siedzieli nieruchomo jak Indianie na starych filmach”. Poza tym przedstawiciele innych narodowości, których przyciąga do Niemiec turystyka lub zarobek, a wśród nich Japończycy, Turcy.
Tak wiele informacji w tej krótkiej, około stustronicowej opowieści. Z wielką swadą, prosto z mostu Stasiuk rozprawia się ze środkowoeuropejskimi czy też polsko-niemieckimi mitami. Mówi niezwykle swobodnie. Jakby chciał pokazać, żebyśmy się w końcu przestali przejmować, stroszyć, nadymać, denerwować. Tam jest tak samo jak w Polsce. Nic szczególnego, te same problemy, idiotyzmy, pociągi, żulia na dworcach. Ale nie unika porównania obu krajów. Futbolowe ligowe kibicowanie wypada na korzyść naszych zachodnich sąsiadów. We fragmencie o dworcowych palaczach burzy obraz Niemców, dla których przecież, zgodnie z naszym przeświadczeniem, Ordnung muss sein. Trochę żartobliwych odniesień do historii ma nam osłodzić stęchłe przesądy: „czy ta apoteoza siły polskiego oręża nie jest aby podszyta kompleksem niemieckim. Ulrich wprawdzie za chwilę polegnie, ale za to jak wygląda! Strach wprawdzie rozszerza mu źrenice, ale walczy do końca. Zresztą na jego miejscu każdy by się bał, bo dziki, półnagi Litwin zamierza się na niego włócznią świętego Maurycego”. Kompleksy, kompleksy – zatem nie dało się uniknąć i polityki. Wzbudza chichot taki oto fragment: „Niby tacy sprytni i odważni, ale jak mieli do Niemiec pojechać, to jeden dostał sraczki ze strachu. Zdaje się, że prezydent”. Czyli co? Od Dojczlandu i Szwabów po „dolegliwości gastryczne”? A bywa jeszcze śmieszniej: „Albo pytano: »Kiedy w końcu przestaniecie kraść nasze samochody?«. Odpowiadałem zgodnie z własnym przekonaniem: »Raczej nieprędko. Przecież nie będziemy kradli białoruskich«”.
Książka bardzo dobra. Osładzająca nam żenadę naszej polityki zagranicznej. Dająca wiarę, że to społeczeństwa, narody powinny tworzyć stosunki sąsiedzkie. Zachęcająca do podróży, do poczucia się Środkowo-Europejczykiem. A zatem: trzydzieści osiem niemieckich miast, pięćdziesiąt pięć niemieckich dworców…

Skip to content