Życie Pi21.03.2013 o godz. 17:30 w Kinie „Gwiazda” w ramach Dyskusyjnego Klubu Książki i Filmu odbyła się projekcja filmu „Życie Pi” , którego reżyserem jest Ang Lee.

Prelekcja przed projekcją :
Czy można wierzyć w Sziwę, Jezusa i Allaha jednocześnie? Czy można zrozumieć zwierzęta, ich zachowania, , wysyłane sygnały? Czy można dogadać się z wielkim, głodnym tygrysem bengalskim? Czy można dokonać tej niemożliwej z pozoru rzeczy, tkwiąc przez siedem miesięcy w małej szalupie z bestią?
Można.
Szesnastoletni Piscine Molitor Patel jest na to świetnym dowodem,
nazwany na cześć basenu i nienawidzący swojego imienia, w skrócie zwany Pi, niemal wychował się w zoo. Zoo dosłownie, nie w przenośni. Jako syn dyrektora tego miejsca, miał nieograniczony dostęp do niego a także nieograniczoną świadomość jak bardzo jest niebezpieczne każde zwierzę, które tam mieszka… A królem niebezpieczeństwa był tygrys omyłkowo nazwany Richard Parker – piękny, tajemniczy i zabójczy. Mimo to, zwierzęta fascynują Pi.
Poważne problemy finansowe zmuszają ojca Pi do sprzedania zoo, zwierzęta natomiast bardziej opłaca się sprzedać tam, dokąd ma zamiar wyprowadzić się rodzina Patel – w Kanadzie. Były właściciel zoo, jego rodzina i wszystkie zwierzęta wyruszają więc w podróż tym samym statkiem ku nowemu życiu. Jednak pełen ludzi i zwierząt w klatkach statek nie przepłynie przez Ocean Spokojny – zatonie podczas przerażającej burzy, zostawiając Pi samego w szalupie ratunkowej z… Richardem Parkerem. W łódce jest sporo zapasów i sprzętu, który miał pomóc przetrwać, zaś przerażający towarzysz podróży sprawia, że Pi nie czuje się samotny i doszczętnie przybity śmiercią rodziców. Zmierzyć się bowiem z Oceanem Spokojnym, płynąc samotnie w szalupie, to pestka, w porównaniu do płynięcia w jednej łódce z ważącym czterysta pięćdziesiąt funtów tygrysem bengalskim…
Choć bohater spędza w łodzi 227 trudnych dni, Życie Pi nie jest książką o walce z oceanem, wydaje się, że jest to raczej opowieść o walce o życie z życiem, gdy jesteśmy przyparci do muru absurdu sytuacji, a pod nogami mamy jedynie tratwę utkaną z naszej wiary.
Tytułowe życie Pi skoncentrowało się na łodzi i oczach Richarda Parkera, skupiło się w przebłysku tragedii i przetrwało. Z pewnością zmieniło go nie do poznania, jednak ukazało coś więcej – prawdę o świecie.
Ta książka to wyzwanie – zadaje pytania o to, gdzie leży granica między tym co ludzkie, a co zwierzęce; kiedy zwierzęce staje się ludzkie; co musi się stać, by człowiek złamał wszystkie zasady; jak silny musi być, by owych zasad nie łamać. Wyzwaniem jest także interpretacja niektórych motywów umieszczonych w książce przez autora, jak choćby kwestia religijności Pi, który ma szczególne podejście do religii – będąc częścią rodziny ateistów, w tajemnicy wyznaje trzy wielkie, trudne do pogodzenia religie: hinduizm, chrześcijaństwo i islam. Czy łącząc niełączące się, pokazuje nam, że tak naprawdę wszyscy wierni wierzą w jednego Boga? Autor pozostawia tę kwestię otwartą…
Istotnym elementem i również wyzwaniem w tej powieści jest jej konstrukcja. Autor podzielił ją na sto rozdziałów zebranych w trzy części, z których szczególnie ostatnia jest przykładem przewrotnej gry autora z czytelnikiem – zakończenie zaskakuje, wprowadza zamęt, zmusza do zastanowienia się nad interpretacją zarówno finału, jak i całej powieści. Jest to zresztą charakterystyczne dla powieści postmodernictycznej – fabuła, choć interesująca, jest pretekstem dla powiedzenia czegoś więcej, ale niekoniecznie w prosty sposób. Przeciwnie – autor skazuje nas na domysły, nie mówi niczego wprost, wiedzie nas w sprawiające wrażenie ślepych zaułki, abyśmy sami szukali z nich wyjścia. Dzięki temu Życie Pi jest czymś więcej niż opowieścią o niezwykłych przygodach rozbitka, który dzięki inteligencji przetrwał podróż w szalupie ratunkowej, mając za towarzysza tygrysa bengalskiego.

„Życie Pi” to oscarowy pewniak. Jednak pomijając ten fakt, to wciąż historia, która porusza. Nie jest jednym z artystycznych wizji reżysera, ale solidnym przekładem książkowego wzorca na ekran. Słowo pisane w tym przypadku znalazło swoje odzwierciedlenie w obrazie, a o wszystkie szczegóły zatroszczył się sam mistrz, Ang Lee. Twórca „Rozważnej i romantycznej”, czy „Tajemnicy Brokeback Mountain” uwypuklił wszystkie cechy, za które kocha się książkę Yanna Martela – wiarę, strach przed naturą, nadzieję, a w końcu i miłość. Ironia w tym przypadku też wtrąciła swoje trzy grosze. W dobie filmów na miarę „Avatara” czy „Avengers” „Życie Pi” i jego twórcy pokazują, że siła wciąż tkwi w prostocie. W tym przypadku ubranej w kolorowe obrazki i delikatną muzykę, ale sedno historii do każdego dochodzi jednakowo. Tygrys i jego chłopiec to od dzisiaj duet na miarę tego z animowanego „Jak wytresować smoka” czy „E.T.”. Ja jednak wolę ten pierwszy – pokazuje nieobliczalność natury, siłę Jedynego Stwórcy i chęć przetrwania. Hollywood znów stanęło na wysokości zadania.